Przychodzi baba do psychologa… Recenzja książki: Jenny Blackhurst, „Zanim pozwolę ci wejść”

Bardzo lubię  thrillery psychologiczne, szczególnie takie, w których intryga w pewnym momencie obiera zupełnie nowy kierunek. Nagle nic nie jest takie, jakie wydawało się na początku. Podobna sytuacja jest z „Zanim pozwolę ci wejść”. Zapowiadało się na ciekawy thriller, dokładnie taki, jak lubię… A potem wszystko się zmieniło. Na gorsze.

Zarys historii

„Zanim pozwolę ci wejść” to historia trzech przyjaciółek, z których każda jest inna. Karen to kobieta sukcesu, pani psycholog, która pnie się po drabinie kariery i jest w szczęśliwym związku. Eleanor ma męża i dzieci, cieszy się swoją rodziną, a Bea… Bea to singielka, z pozoru beztroska, a jednak ma pewien mroczny sekret. Przyjaźń kwitnie, wszystkie trzy są zadowolone z życia, aż tu nagle wszystko zaczyna się zmieniać. Zbiega się w to w czasie z pojawieniem się nieco dziwnej pacjentki Karen, która zdaje się wiedzieć o niej samej i o bliskich jej osobach o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. Czy to ona jest odpowiedzialna za nieszczęścia, które zaczynają się przytrafiać kobietom? I co się właściwie dzieje?

Zanim pozwolę ci wejść Jenny Blackhurst recenzja książki

Narracja

„Zanim pozwolę ci wejść” to książka, w której do głosu dochodzi kilka postaci. Jedna część to rozmowy psycholog z jedną z bohaterek (później wyjaśnia się, o której mowa) – rozmowa ta dzieje się w teraźniejszości, już po wydarzeniach, które dopiero poznamy i daje czytelnikowi wiele informacji na temat tego, co się stało. A można wywnioskować, że stało się coś złego. Zatem już na samym początku książki wiemy, że coś się wydarzyło, nie wiemy tylko co ani kto za tym stoi. Fragmenty te przeplatają się z rozdziałami pisanymi z perspektywy każdej z przyjaciółek w trzeciej osobie. W tych fragmentach poznajemy opowieść od samego początku, czyli od pojawienia się tajemniczej pacjentki Karen. Mamy jeszcze jedną płaszczyznę czasową – rozdziały pisane z perspektywy pierwszej osoby. Na początku nie do końca wiadomo, kto i po co do nas mówi, ale im bardziej rozwija się fabuła, tym więcej staje się jasne. Chyba mogę to powiedzieć – te rozdziały pisane są z perspektywy osoby, która stoi za całym zamieszaniem, ale nie wiadomo, kim ona jest. To znaczy… w zamyśle autorki miało się to zapewne wyjaśnić na sam koniec, ale niestety, tożsamość tajemniczej osoby odgadłam dużo wcześniej.

Fabuła

Pomysł na fabułę muszę pochwalić, bo cała historia mnie zainteresowała. Mamy tu ciekawą relację trzech przyjaciółek, każda z nich jest inna, a jednak wciąż są sobie niezwykle bliskie. I choć motyw powolnego ulegania szaleństwu, gdy bohaterki zauważają, że pogrywa z nimi ktoś, kto zna ich najgłębiej skrywane sekrety jest popularny i nie wnosi powiewu nowości w świat thrillerów, to książkę czytało mi się dobrze i szybko. Ale…

Zanim pozwolę ci wejść Jenny Blackhurst recenzja książki

Zaskoczenie?

No właśnie, ale. Mimo że lektura szła mi szybko i wciągnęłam się w perypetie przyjaciółek, zabrakło dreszczyku emocji i pytania samej siebie „ale kto to w końcu zrobił?!”. Zabrakło również poczucia zagrożenia płynącego z każdej strony. Niepokoju, niepewności. Autorka od początku sugeruje nam, kto może być czarnym charakterem. Jednak każdy, kto przeczytał w swoim życiu choć kilka thrillerów wie, że osoba podejrzana od samego początku winna nie będzie. Tak też było w tym wypadku, co jeszcze nie świadczy o tym, że książka jest zła. Po prostu autorka nie zadała sobie na tyle trudu, by czytelnika zaskoczyć, gdy wreszcie wyjdzie na jaw tożsamość prawdziwego czarnego charakteru. Kto stoi za tym wszystkim dowiadujemy się zdecydowanie zbyt szybko, to znaczy – domyślamy się, bo wszystko oficjalnie wyjaśnia się na koniec. I to sprawiło, że podczas lektury zamiast „O rany! Jak to możliwe?!” westchnęłam… „Doprawdy?”. Tak więc coś, co stanowi o sile thrillerów, czyli zaskoczenie, trzymanie czytelnika w napięciu jest tu w zasadzie nieobecne.

Nie było jednak tak źle!

Mimo wszystko nie mogę ocenić tej książki zupełnie negatywnie. Na pochwałę zasługuje motyw problemów psychicznych, z którymi boryka się naczelny antagonista w tej historii. Zostało to ciekawie obmyślone i przyznam, że na to bym nie wpadła. Mogę więc orzec, że warstwa psychologiczna „Zanim pozwolę ci wejść” stworzona została ciekawie i to właśnie sprawia, że moja ostateczna ocena jest wyższa, niż mogłaby być.

Podsumowując

„Zanim pozwolę ci wejść” to trochę taki zmarnowany potencjał. Ciekawy pomysł, który po drodze został spalony przez to, że zbyt wcześnie możemy odkryć, kto za wszystkim stoi – i to pozbawia nas zaskoczenia, które tak sobie cenię w książkach tego gatunku. Mimo wszystko jednak historie tę czytało mi się dobrze i szybko, a warstwa psychologiczna dodała smaczku całości. Nie znaczy to jednak, że mogę tę książkę z czystym sercem polecić. Może się spodobać osobom, które nie są zaznajomione z gatunkiem, ale „starym wyjadaczom”, takim jak ja, nie do końca przypadnie do gustu i odczują niedosyt, zmarnowany potencjał.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros

wydawnictwo albatros

Tagged , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wyrażam zgodę na prze­twa­rza­nie po­da­nych powyżej danych w celu pozostawienia komentarza.